Gmina Tomaszów

Rynek w Tomaszowie w 1914 roku. Proszę zauważyć jak bardzo był zabudowany teren obecnego rynku, jednak wiekszosc tych budynków spłonęła w wielkim pożarze jaki miał miejsce 28 maja 1918 roku. Pożar wybuchł w budynku przy synagodze, i był wynikiem nieostrożnego pędzenia samogonki. W wyniku pożaru spłonęło około 200 domów, a ponad 2000 osób straciło dach nad głową. Kilka lat później na tym terenie powstają słynne hale z podcieniami...opis z 1913 roku - Wieś Bełżec, o wyglądzie miasteczka, sąsiaduje o niewielką, bo tylko 8 kilometrową odległość z zaborem rosyjskim przez miasteczko Tomaszów. W sezonie, zwykle od maja po koniec września, kursuje tu stale dwa razy dziennie automobil ­ przez Tomaszów-Zamość do Lublina i z powrotem. Minąwszy t. zw. pas neutralny, wjeżdżamy w podwórze rosyjskiej komory celnej, służba, oraz urzędnicy władają doskonale polskim językiem. Naprzeciw komory mieści się budynek zamieszkały przez oddział kozaków, pełniących służbę graniczną. Z komory jedziemy już gościńcem rosyjskim.
Gdyby nie białe kamienie poukładane wzdłuż po obu stronach drogi, a służące do orientowania się podczas jazdy nocą, nie odczuwalibyśmy jeszcze,
że znajdujemy się za kordonem. Trudno się w tej chwili oprzeć nasuwającym się smutnym refleksjom: ­ Kiedyś, nie tak bardzo dawno, nie było tu żadnej granicy, żadnej komory celnej, żadnej straży granicznej, to wszystko za nami i przed nami było niepodległe polskie państwo.
Zbliżając się do Tomaszowa, z daleka już spostrzegamy szkaradne, zielono malowane wieże prawosławnej cerkwi. Sam Tomaszów, to szereg sklepów, sklepików, kramów i błota. Kto nie widział tomaszowskiego błota, ternu żadne pióro ani język nie są w stanie nakreślić właściwego obrazu. Rynkiem n. p.,oraz bocznymi ulicami płyną formalne rzeki rzadkiego, czarnego błota, a konie ciągnące furę dają wrażenie jazdy wśród roztopionej smoły. Straszne, straszne tam błota i chyba sławne pińczowskie błota mogłyby się równać z nimi.
W' rynku, obok placu cerkiewnego stoi niski obelisk kamienny z napisem wskazującym, że po postawiono go za panowania Mikołaja II, na pa pamiątkę jubileuszu domu Romanowych. Co drugi sklep ma tabliczkę z napisem: „tabacznaja ławoczka“; nas Galicjan przywykłych w tym względzie do rządowego monopolu, zadziwia ta swoboda wyrabiania i sprzedaży różnych gatunków ­papierosów i cygar, jak znów dziwną się wydaję sprzedaż znaczków pocztowych w sklepie rosyjskim po cenach wyższych niż ich wartość nominalna. W ulicach spostrzegamy grupy mieszczan i wieśniaków w strojach przypominających nam obrazy z epoki XVIII. wieku lub znane nam z afiszów powieściowych; wszędzie słyszymy polską mowę, a tylko gdzieniegdzie obije się o uszy ostry, rosyjski dźwięk. Wjeżdżając do Tomaszowa spotkaliśmy w mieście sotnię kozaków dońskich; odziani w długie, obrzydliwego koloru szynele, na swych niepokaźnych konikach, czynią wrażenie przykre, spotęgowane jeszcze dzikim wyrazem ich twarzy. Mimo woli przesuwają się w pamięci krwawe opisy obrazów z naszej porozbiorowej martyrologii, kiedy orgie święciły: kozak, pika i nahajka.. Poinformowano nas, że owi kozacy wracali już do swoich domów po odbyciu pięcioletniej służby wojskowej, lecz przyszedł telegram z Petersburga i wrócono ich z drogi. Zwiedziliśmy potem tutejszy katolicki kościół. Jest to w swoim rodzaju zabytek, gdyż ma stać już przeszło 500 lat, a zbudowany cały z modrzewia; olbrzymie słupy podpierają poczerniałe od starości sklepienia. Na ogół jednak czyni kościół przykre wrażenie, zdobiąca go bowiem starość oszpecona jest brudem i widocznymi zaniedbaniem
Sądząc po malowidłach i ozdobach, to archeolog ­znalazłby w nim wiele cennych i ciekawych pamiątek. Niestety krótki czas nie pozwolił nam na do dokładniejsze oglądnięcie kościoła i na zebranie szczegółów o nim.Na zakończenie notuję straszny fakt zbrodni, zaszłej tu przed paru tygodniami. Znany przemytnik nazwiskiem Wawrycy prze przeprowadzał ­
prowadzał przeprowadzał nocą pewnego żyda z Tomaszowa do Bełżca. Zyd wybierał się do Ameryki i miał rzekomo ­komo rzekomo przy sobie 200 rubli. Po drodze, w lesie za zabił przemytnik żyda, odciął mu siekierą głowę, po czym trupa bez głowy zakopał na metr gęboko. Dla pokrycia śladów zapalił na tern miejscu ognisko. Co z głową zrobił, dotychczas nie wiadomo.Zbrodnia się jednak wykryta, gdyż żyd miałz Bełżca uwiadomić swego szwagra w Tomaszowie o szczęśliwej przeprawie przez granicę, poczem tenże dopiero wtedy miał posłać owe 200 rubli, oraz opłacić przemytnika. Kiedy więc za parę dni zgłosił się przemytnik po omówioną zapłatę, za zapytano go o znak, jaki przez niego miał podać prze przeprawiony żyd; przemytnik zaczął dawać wykrętne odpowiedzi, a kiedy w dalszym ciągu nie nadeszła wiadomość potwierdzająca przejście żyda przez granicę, poczęto śledzić, kierując się leśnymi zaułkami, jakimi przemytnicy klientów swoich przeprowadzać zwykli; znalazł się pastuszek, który z poza drzew spełnianej zbrodni się przyglądał i on to rzeczywiście wskazał miejsce pogrzebania trupa, ­ którego też odnaleziono, lecz jak to wyżej wspomniałem, bez głowy. Przemytnika aresztowano i wraz z domniemanymi wspólnikami przewieziono ­ skutego do Zamościa.Przypuszczają obecnie, że to nie pierwsza ofiara ­owego przemytnika. W ostatnich kilku tygodniach odjechało z Bełżca kilkuset rosyjskich wychodźców, po większej
części młodych ludzi, za chlebem do Ameryki. Kurier Lwowski 23.10.1913

Monografia (reprodukcja) ilustrowana kościoła w Tomaszowie z roku 1899. Skan zamieszczony na stronie państwa Ilony i Marcina Szukałów- http://www.kosciolydrewniane.pl/

Tomaszowski kościół zamieszczony w publikacji upamiętniającej pobyt biskupa lubelskiego Fr. Jaczewskiego w 1905 roku. Zamieszczamy także w oryginale, ciekawy opis z tej publikacji - ...

Najcenniejszym skarbem kościoła tomaszowskiego jest cudowny obraz N. Panny, umieszczony w wielkim ołtarzu. Skąd się wziął ten obraz, nie wiadomo. Legenda opowiada, że zaraz po założeniu miasta w 1621-ym r. na wzgórzu piaszczystem, tuż pod miastem, cuda dziać się poczęły, co skłoniło mieszczan do postawienia figury na tem miejscu. Gdy w 1652-im roku wybuchło w Tomaszowie morowe powietrze, około tej figury zaczęto grzebać zapowietrzonych. Między innymi pogrzebał tu także swą córkę Jan Domański, i na miejscu figury wystawił

niewielką drewnianą kapliczkę, którą później mieszczanie rozszerzyli i przyozdobili licznymi, przez siebie przyniesionymi obrazami. Między tymi obrazami znalazł się i nasz obraz, lecz kto go tu przyniósł, legenda nie mówi. W 1656-ym r. Szwedzi, rozgospodarowawszy się na dobre w Polsce, złupili Tomaszów, zniszczyli kapliczkę, a obrazy, w niej się znajdujące, popalili. Ten tylko obraz Najśw. Panny, jako otaczany szczególną czcią przez katolików, zachowali, by go tem bardziej zbezcześcić. Jakoż, jeden z nich, z obrazu tego zrobił czaprak na swego konia, za co Bóg

ukarał go w tej chwili, gdyż koń natychmiast padł nieżywy. Rozgniewany tem żołnierz, rozdarł obraz, i rzucił go w kupę nawozu. Po odejściu Szwedów, dwie pobożne szlachcianki, rodzone siostry Wilczyńska i Legumińska, z natchnienia Bożego, zaczęły szukać tego zaginionego skarbu na obozowisku i znalazły go w miejscu, w które go Szwed porzucił. Zabrały go do swego domu, a gdy wkrótce przeniosły się do Lwowa, tam go z sobą przewiozły i umieściły w archikatedrze, w kaplicy kuśnierskiej. W Tomaszowie tymczasem nową kaplicę wybudowali na tem

samem miejscu i umieścili w niej obraz Matki Boskiej Bolesnej. W kilka lat później umarła Wilczyńska. Po śmierci objawiła się swej siostrze, i bratu, mieszkającemu w Sokalu, żądając od nich,

by obraz zwrócili do Tomaszowa. Dowiedziawszy się o tem, proboszcz tomaszowski, ks. Sierprawski, skłonił radę (miasta, aby wysłała poselstwo do arcybiskupa lwowskiego, ks. Wojciecha Korycińskiego, opata miechowskiego, z prośbą o zwrot cudownego obrazu. Na czele poselstwa stanął ks. Wawrzyniec Irzykowski, komendarz tomaszowskiego kościoła. Po wielu trudnościach obraz zwrócono, lecz wota, któremi był przyozdobiony, zatrzymano na pamiątkę. Tomaszowianie powitali obraz z wielką radością i umieścili go powtórnie w kościołku na Piasku, gdzie nowymi zasłynął cudami. Później go przenoszono według potrzeby to do kościoła parafialnego, to znowu na Piasek, gdzie, ponieważ wówczas jeszcze tam księdza nie było, pilnował go stróż, wyłącznie do tego przeznaczony. Podczas zamieszek, które powstały w czasie bez królewia po śmierci Jana Sobieskiego, Józef Potocki, wojewoda kijowski, hetman w. k. znalazł się w wielkiem niebezpieczeństwie. Uczynił więc ślub, iż, jeśli uniknie niebezpieczeństwa, wybuduje w Tomaszowie na Piasku kościół murowany na cześć N. Panny Maryi. Jakoż w 1725-ym r. kościół stanął, przeniesiono doń obraz cudowny i obsadzono przy kościele księży Trynitarzy. Gdy po kasacie Trynitarzy, za czasów austryackich, kościół i klasztor uległy ruinie, obraz przeniesiono do kościoła parafialnego, gdzie dotąd pozostaje. Przy klasztorze była studnia św. Wojciecha, dlatego, iż tu w w. XVII-ym objawił się ten Święty. Woda z niej uwrażaną jest za cudowną. Według podania, oprócz leczniczej, posiada i tę własność, iż, gdy miały być lata żyzne, z brzegów nie wylewała, gdy zaś miał być nieurodzaj, głód lub jakaś inna klęska groziła krajowi, tak obficie woda w niej przybierała, że, wylawszy się przez wierzch, tworzyła

rzeczkę. Studzienka, ocembrowana, do dnia dzisiejszego istnieje...

Dwie ryciny pochodzące z 1746 roku, z dwóch podobnych wydań prac Antoniego Wielhorskiego oraz p. Maszyckiego "Zrzodło Dla wszystk[i]ch spragnionych Obfite Nayswiętsza Marya Panna : Cudownemi łask nieprzebranych Strumieniami Przy Assystencyi Woyciecha S, Arcybiskupa Gnieźnieńskiego y Męczennika [...] w Kościele WW. OO. Trynitarzow Bosych od Wykupienia Niewolnikow Na Piaskach Tomaszowskich Płynące "  Ks. Zygmunt Jagiełło w książce "Parafia rzymskokatolicka pw Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim. Tomaszów Lubelski 2008," o tym Tomaszowskim Sanktuarium pisze tak- Początki kościoła na Piaskach, które były przedmieściem Tomaszowa Lubelskiego niegdyś, są bardzo skromne. Pierwotnie istniała tam niewielka figura wystawiona jeszcze przez Tomasza Zamojskiego w 1615r. Miejsce było to przeznaczone na cmentarz, na którym grzebano zmarłych na „powietrze morowe w czasie epidemii”. Katolicy mieszkający w pobliżu otoczyli to miejsce szczególną czcią ze względu na pamięć pomartych i ze zgrozą wspominali czasy zarazy . 
Na miejscu figury w 1662 roku wystawiono dzięki staraniom Jana Domańskiego, mieszczanina tomaszowskiego, niewielką drewnianą kaplicę. Chciał on w ten sposób uczcić pamięć swej zmarłej córki „na morowe powietrze” w tym to miejscu pochowanej. To dało początek właściwemu kościołowi. Kapliczka wprawdzie długo nie istniała. Zniszczyli ją żołnierze szwedzcy w czasie „potopu”, paląc prawie cały Tomaszów. Jednak kiedy zakończyła się wojna, mieszczanie, pamiętając o zburzonej kaplicy i doznając tu różnych cudów, postanowili wznieść nowy, godniejszy od poprzedniego przybytek na chwalę Boga. Głównymi inicjatorami tego przedsięwzięcia byli mieszkańcy miasta: Jan Kubicz i Stanisław Tarczewski. Otrzymawszy drewno od bogatego ofiarodawcy Jarczewskiego, wznieśli w 1664r. nową, drewnianą kaplicę, która rozmiarami przypominała kościół. Mieszczanie nowy kościółek przyozdabiali różnymi obrazami i figurami, między innymi umieścili obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem przywieziony w darze od Państwa Oliwińskich – dziedziców wsi Podhorce – który zasłynął cudami w niedługim czasie po przybyciu do Tomaszowa.
O tej budowli – kaplicy p.w. św. Wojciecha – wzniesionej przez Jana Kubicza i Stanisława Tarczewskiego mówi dokument wizytacyjny Biskupa Chełmskiego Krzysztofa Szembeka: „Kościół drewniany za miastem Tomaszowem zwanym ku południowej stronie na wzgórzu piaszczystym zostaje. Połowa tego kościoła kędy wielki Ołtarz przed kilkadziesiąt lat od mieszczan pobożnych z tarcic zbudowany” . Dokument ten potwierdza wyraźnie, że to mieszczanie wystawili drewniany kościółek na Piaskach pod Tomaszowem, którego prezbiterium było z desek. 
Ten akt wizytacyjny mówi też o dalszych losach kaplicy. Dowiadujemy się z niego, że w 1677 roku przybył na Piaski Biskup Chełmski ks. Stanisław Święcicki. Skłoniły go do tego liczne cuda, o jakich wieść się niosła oraz ukazanie się świętego Wojciecha. Rządca diecezji chciał naocznie się przekonać, ile jest prawdy w tych opowiadaniach, które dochodziły aż do Chełma. Po przybyciu na miejsce przeprowadził dokładne badania i śledztwo w tej sprawie. „Egzamin” wypadł pomyślnie. Oto jak opisuje tę chwilę dokument z 1717 roku: „Po tym, jak się ponowienie cudów na tym miejscu stało, roku 1677 die Secunda Pentecostes i Apparycya św. Wojciecha Biskupa i Męczennika, Jaśnie Wielmożny Imś Ks. Stanisław Święcicki Biskup Chełmski, gdy na to miejsce sam swoją osobą zajechał, zwoławszy przed tym przez Proces bardzo wielu ludzi, których w jakiej kto potrzebie swej na tym miejscu łaski Bożej doznał pilny examen uczynił jurament (przysięgę przyjął, cuda potwierdził).
Wizytacja Biskupa Święcickiego była przełomowym momentem w dziejach kościoła na Piaskach. Dlatego, chcąc zapewnić należytą opiekę słynącemu łaskami i cudami miejscu, mianował ks. Andrzeja Rybickiego – Rektorem kościoła, a właściwie dużej kaplicy na tym miejscu wybudowanej.
Znany z pobożności i gorliwości religijnej nowy rektor, który jednocześnie pełnił funkcję egzorcysty, postanowił wybudować świątynię godną cudownego miejsca. Dobudował on mianowicie do istniejącej już kaplicy, kościół z drewna. Jak wyglądał nowo zbudowany kościół i jak był wyposażony wewnątrz, dowiadujemy się z wizytacji biskupiej dokonanej przez ks. Krzysztofa Szembeka w 1717 roku. Oto co mówi dokument: „Ksiądz Andrzej Rybicki kościół z drzewa na kostkę obrobionego do tej z tarcic kaplicy przybudował i chórem podsufitkę dał, dachem gontowym przykrył, in concovitatem kopułę blachą żelazną pokrył, w której okien osiem szklanych przyozdobił. Dzwonnicy z tarcic przy węgłach „ante voluas” Ecclesiae postawił. Zewnątrz … ten kościół obity gontami, z wierzchu też ma dach dobry gontowy” .
Do kościoła wiodło troje drzwi, które opisuje ks. bp Szembek, a mianowicie: „od miasta z południowej strony na boku przed wielkim ołtarzem, na zawiasach żelaznych z zamkiem dobrym żelaznym, drugie drzwi ku północnej stronie do kapliczki vulgo kruchty, trzecie przeciw zachodowi słońca nominate volua. Okien trzy przed wielkim ołtarzem. Okien na większym chórze albo kościele cztery. Konfesjonałów dwa… jeden na prawej, drugi na lewej stronie… Ambona po stronie epistoły stolarską robotą wyrzeźbiona, niektóre części mająca posrebrzone. Ławek ma cztery przed Wielkim Ołtarzem, dwie pod chórem stolarską robotą wykonane. Chór a na nim pozytyw (organy) o głosach siedmiu. Pawiment (posadzka) przez cały kościół i zakrystię z tarcic. Kościół ten obwiedziony parkanem dobrym pod dachem gontowym . 
Z przytoczonego wyżej opisu dowiadujemy się, że kościół postawiony przez ks. Rybickiego był budowlą dość dużą. O rozmiarach kościoła świadczy też ilość sześciu ołtarzy wymienianych w dokumencie. Zgodnie z ówczesnymi zasadami kościół musiał być orientowany tzn. zwrócony prezbiterium, na wschód, przy czym prezbiterium to stanowiła dawna kaplica z tarcic, do której przybudowana została zrębowa nawa. Obie części kościoła kryte były zapewne dachami siodłowymi, z tym, że nad nawą wzniesiona została sygnaturka określana w opisie jako „kopuła blachą żelazną pobita” i opatrzona ośmioma oknami – co należy rozumieć jako „oszkloną latarnię”, powszechnie stosowaną w budownictwie sakralnym owego czasu. W prezbiterium znajdowały się trzy okna, a w nawie cztery czyli po dwa na boku północnym i południowym. Z trojga drzwi wymienianych w opisie od zachodu było główne wejście, a dwa pozostałe mieściły się w prezbiterium – tj. od południa wejście „z miasta” i od północy wejście do zakrystii przyległej do prezbiterium. Zarówno dach kościoła jak i ściany przykryte były gontem, co musiało mu nadawać wiele malowniczości, jak również pokryte gontami „soboty” – tj. obejście dookoła kościoła z zadaszeniem wspartym na słupkach – jakie występowało powszechnie w budownictwie kościelnym południowych ziem dawnej Rzeczypospolitej. Tak wyglądałoby odtworzenie stanu pierwotnego kościoła na Piaskach w oparciu o archiwalny opis. 
Wracając do opisu wnętrza wiemy z wizyt biskupich, że w kościele było sześć ołtarzy drewnianych, rzeźbionych, malowanych, częściowo srebrzonych. Wielki Ołtarz znajdował się w prezbiterium, w nim umieszczony był Cudowny Obraz Matki Bożej Szkaplerznej z Dzieciątkiem na lewej ręce. Wyglądał on najokazalej, cały był wyzłacany. W tymże ołtarzu znajdowało się tabernakulum artystycznie wykonane z drewna, na nim pelikan z rozpostartymi skrzydłami, karmiący swoje dzieci, wykonany z wielkim gustem i pozłacany. Oprócz wielkiego ołtarza było jeszcze pięć innych mianowicie: ołtarz św. Wojciecha, św. Łukasza Ewangelisty, św. Trójcy, św. Antoniego Padewskiego, św. Krzyża.
Ołtarze św. Wojciecha i św. Łukasza znajdowały się w prezbiterium kościoła, tuż obok wielkiego, wykonane były z drewna częściami wyzłacane i srebrzone. Ołtarze św. Trójcy, św. Antoniego i św. Krzyża umieszczone były w nawie kościoła – również były drewniane i posrebrzane. Prezbiterium od nawy oddzielała belka tęczowa, na niej zamieszczona była scena ukrzyżowania z figurami Matki Bolesnej i św. Jana Ewangelisty. Cała pasja snycerskiej roboty, postać Najświętszej Panny i św. Jana złocone i częściowo srebrzone. W oknach prezbiterium znajdowały się żelazne kraty, zaś pozostałe cztery okna w nawie kościoła zabezpieczone były od wewnątrz żelaznymi okiennicami. 
Do prezbiterium kościoła przylegała od północy drewniana zakrystia o jednym oknie i drzwiach łączących ją z kościołem. Była ona niewielkich rozmiarów, a wyposażenie jej stanowiły dwie drewniane skrzynie przeznaczone na paramenty kościelne oraz komoda z czterema szufladami na ornaty i szaty liturgiczne. Skrzynie te opasane były żelazem i opatrzone żelaznymi zamkami. Tutaj też znajdowały się baldachimy oraz chorągwie i dwa duże puzdra, czyli szuflady, na cudowny obraz, w których podczas trwogi (ten cudowny klejnot) do Zamościa był wywożony. Zakrystia posiadała dwoje drewnianych drzwi, jedne łączyły ją z prezbiterium kościoła, drugie natomiast wiodły na cmentarz kościelny i zamykane były zewnątrz . Kościół wystawiony przez Andrzeja Rybickiego służył do użytku wiernych do 1725r. W tym czasie Józef Potocki – wojewoda kijowski i hetman Wielki Koronny – wystawił nowy kościół murowany z cegły. Stary drewniany zapewne został rozebrany lub wywieziony na inne miejsce, gdyż późniejsze wizytacje biskupie nic o nim nie wspominają. Wystawienie nowego kościoła murowanego było zrealizowaniem ślubów, jakie wojewoda złożył z racji cudownego ocalenia go z rąk nieprzyjaciół. Będąc w wielkim niebezpieczeństwie życia ślubował, że wystawi nowy kościół ku czci Matki Bożej Cudownej w Tomaszowie na Piaskach, jeżeli Bóg wyrwie go z rąk wrogów. 
Z wystawieniem tego kościoła złączona jest cudowna legenda. Potocki z powodu niepokojów i zamieszek w kraju nie mógł zaraz po ocaleniu spełnić złożonego ślubu. Po upływie kilkunastu lat ukazała mu się Matka Boska Tomaszowska i nakazała spełnić złożone przyrzeczenie. Wówczas hetman Potocki przekazał odpowiednią sumę Jędrzejowi Załuskiemu i polecił mu wybudować nowy kościół z cegły. 
Drugie cudowne wydarzenie miało miejsce podczas samej budowy kościoła. Mianowicie majster po przygotowaniu dostatecznej ilości cegły umieścił ją w szopie. Przyszedłszy do niej w dniu, w którym miał rozpocząć budowę, zauważył na niektórych cegłach dziwne napisy i znaki wykonane niewiadomą ręką. Były tam słowa łacińskie „Sancta Maria ora pro nobis” (Święta Maryjo módl się za nami). Były tan także herby Potockiego, wyryte trupie głowy i tym podobne znaki. Przeprowadzone natychmiast śledztwo udowodniło, że nikt z tych, którzy mieli dostęp do szopy, takich napisów i znaków nie uczynił. Co więcej, komisja powołana z osób świeckich i duchownych, wśród których byli także Ojcowie Reformaci, orzekła, że znaków tych i napisów nie mógł wykonać żaden człowiek, że są one z pochodzenia Boskiego. Wiadomość o tym cudzie przekazał jeden z ojców Trynitarzy – Antoni od Świętego Ducha.
Nowy kościół ceglany został ukończony w 1725 roku. Równocześnie wojewoda Potocki zbudował klasztor, aby umieścić w nim sprowadzonych przez siebie Ojców Trynitarzy. Do kościoła na Piaski bowiem przychodziły ciągle pielgrzymki, ludność okoliczna gromadziła się tłumnie w dni odpustowe, potrzebna była większa zatem ilość kapłanów, aby sprostać potrzebom duchowym i obsłużyć rzeszę pątników. Wzniesiony kościół dla Ojców Trynitarzy konsekrował koadiutor biskupa kijowskiego Józef Łaszcz 18 listopada 1742r. w dzień św. Stanisława Kostki. Kościół ten był przybytkiem Cudownego Obrazu i ogniskiem kultu Maryjnego do 13 stycznia 1783 r., do chwili kasaty Zakonu Trynitarzy .
Po kasacji klasztoru Cudowny Obraz przeniesiono do modrzewiowego kościoła parafialnego, a kościół i klasztor wykupił od władz zaborczych ordynat Zamojski. Zabudowania te pozostawione bez opieki i dostatecznego dozoru, szybko zamieniły się w ruinę tym bardziej, iż okoliczni mieszkańcy chętnie czerpali materiał budowlany rozbierając ceglane mury klasztorne. 
Miarodajne i niezwykle cenne jest tutaj świadectwo ks. kan. Feliksa Kwiatkowskiego nowoprzybyłego proboszcza do Tomaszowa, który jako naoczny świadek żali się, że w chwili, gdy obejmował parafię tomaszowską w 1817 roku, stał jeszcze cały kościół oraz jedno skrzydło klasztoru, druga zaś część klasztoru spłonęła kilkanaście lat przedtem z niewiadomej przyczyny. W połowie XIX wieku w czasie pisania książki o Cudownym Obrazie Matki Bożej przez ks. F. Kwiatkowskiego kościół i klasztor powoli zamieniały się w ruinę i stawały się kupą gruzów.
Biskup Chełmski Jan Szaniawski wizytując kościół O. Trynitarzy na Piaskach Tomaszowskich 5 października 1726r. tak go opisuje: „Kościół zbudowany jest z cegły oraz kamienia od fundamentów obok dawnego drewnianego pod wezwaniem św. Wojciecha męczennika. Kościół jest orientowany, jednonawowy, podłużny. Nad głównym wejściem kościoła znajdował się chór murowany z organami starymi, oraz pięć ołtarzy. Podłoga była drewniana po bokach nawy stały dwa konfesjonały, ambony jeszcze nowy kościół nie posiadał w czasie wizytacji” .
Wielki Ołtarz był drewniany, pięknie rzeźbiony, malowany na fioletowo i miejscami wyzłacany, mensa ołtarzowa była murowana z relikwiami. W nim znajdował się cudowny Obraz Matki Bożej. Drugim był ołtarz św. Wojciecha umieszczony w prezbiterium po stronie Lekcji, cały drewniany i na czarno pomalowany, częściami złocony, starej roboty. Trzeci ołtarz znajdował się w nawie również po stronie Lekcji pod wezwaniem św. Antoniego, podobny w stylu do poprzedniego. Po stronie Ewangelii w prezbiterium znajdował się stary ołtarz św. Trójcy, malowany polichromicznie, częściami złocony i srebrzony. Piąty ołtarz po stronie Ewangelii w nawie kościoła był pod wezwaniem Chrystusa Ukrzyżowanego w czarnym kolorze, złocony i wysrebrzony. Wszystkie ołtarze posiadały mensy kamienne z relikwiami. Zakrystia znajdowała się po stronie Ewangelii i przylegała do prezbiterium kościoła. Cała ceglana z dwoma oknami okratowanymi, kratą przewlekaną, szyby w niej i całym kościele umacniane były ołowiem. Na ścianie zakrystii znajdował się wmurowany lawaterz, posadzka była ceglana i w tym pomieszczeniu znajdowały się wszystkie sprzęty, w których przechowywano paramenta kościelne. Po stronie Lekcji znajdował się skarbiec, z jednym oknem okratowanym i w nim także były przechowywane różne kościelne rzeczy. Na cmentarzu kościelnym stały dwa domy. Jeden zajezdny dla gości i pątników, drugi przeznaczony był jako szpitalik dla chorych i starców. 
Biskup Wężyk dodaje w czasie wizytacji kościoła i klasztoru w 1773 roku, że ojcowie Trynitarze mają klasztor murowany, ale jeszcze nie skończony. Zachowują regułę jak najściślej, wykonują przykładnie swoje obowiązki, a klauzurę surowo przestrzegają .

Show More

Drużyna Tomasovi, lata 1992-93. Fotografia ze zbiorów prywatnych Pana Wojciecha Junko.

Powstanie Styczniowe - Rzeź w Tomaszowie. 
Dzisiaj prezentujemy opis z Powstania Styczniowego, odnoszący się do Tomaszowa i okolic, a opisany we "Wspomnieniach Stanisława Dekańskiego o powstaniu styczniowym w Zamojszczyźnie", spisanymi przez Stefana Pomarańskiego i wydanymi 1920 roku. zaznaczamy opis jest dosyć brutalny... Opis różni się także od oficjalnie przyjętych wersji, oceńcie sami... Krwawy dzień w Tomaszowie Ordynackim i rzeź mieszkańców dokonana została przez rosyjski oddział Emanowa 5 lutego 1863 roku. http://www.historiaregionu.org/…
Inny aspekt dotyczący tych wydarzeń to grupy powstańców z Galicji. W tym okresie w rejonie Tomaszowa operowało kilka grup wsparcia przybyłych z Galicji(przeważnie studenckich), co najmniej dwie mogły przybyć celem wsparcia dla Tomaszowa, jednak z powodu słabego uzbrojenia nie podjęły walki. Jednak zaskakujące jest zachowanie jednej z nich tzw. "Grupy Czarnieckiego". W tydzień po wybuchu powstania Rada Główna Galicyjska ponownie nakazała Głównej Ławie Lwowskiej wysłać zwerbowaną 
młodzież w kierunku granicy (w pierwszych dniach powstania ze Lwowa wyruszyło już kilka grup) . Broni nikt nie miał, według zapewnienia broń mieli otrzymać na granicy. Pomimo nauczki z pierwszych dni, nie zadbano nawet o odzież i obuwie, młodzież sprzedawała co mogła by kupić samemu bardziej odpowiednie buty. Urządzane na szybko kwesty nie wiele zmieniały w tym kierunku. Po mimo braków i niedostatków, 30 stycznia wyrusza w kierunku Tomaszowa grupa 40 osób, 1 lutego w kierunku Tomaszowa rusza kolejna mniej więcej taka sama grupa pod dowództwem Czarnieckiego. Wieczorem 1 lutego rusza jeszcze jedna grupa pod dowództwem Romanowskiego, lecz tych dogania policja CK i odtransportowuje do lwowskiego wiezienia, gdzie po czterech tygodniach dzięki staraniom namiestnika hrabi Mensdorfa-Pauly wszystkich wypuszczono. Grupa Czarnieckiego przekroczywszy granice w pobliżu Bełżca, odnajduje część zakopanej broni i kos, następnie zajmuje karczmę pod Tomaszowem gdzie uczy się sztuki walki. Gdy 5 lutego do Tomaszowa wkracza rosyjski oddział Emanowa i dokonuje rzezi po wszystkim zwyczajem rosyjskim świętują i piją do upadłego, Czarniecki zostaje poinformowany o sytuacji, zwołuje rade wojenną i pomimo ze zdają sobie sprawę o łatwości celu i przewadze nad pijanym wrogiem... podejmuje decyzje o wycofaniu jednostek do Galicji. Po powrocie do Lwowa Grupa Czarnieckiego jak i Ława Lwowska zostają rozwiązane, a ich miejsce zajmuje "Komitet Bratniej Pomocy" do jakiego weszła tylko część Grupy Czarnieckiego...źródło- "Galicya w powstaniu styczniowem"Stella-Sawicki, Jan (1831-1911)
Rysunek pochodzi z TZ http://www.tygodnikzamojski.pl/…/pacyfikacja-tomaszowa.html…

Rynek w Tomaszowie Lubelskim, 1941 rok, z nieistniejącymi już kramami.
Zamieszczamy też część historii Tomaszowa, jaką opisał pan Roman Kodymowski na swym blogu, całość na stronie http://romanelli1961.bloog.pl/id,345300384,title,Wspomnienia-z-Tomaszowa-Lubelskiego-1,index.html
...Tomaszów Lubelski. Jak go pamiętam, co mi z tych dziesięciu lat życia tomaszowskiego w pamięci zostało? Wiele zatarła amnezja dziecięca, wszak spędziłem tam moje najwcześniejsze lata życia. Cóż mogę pamiętać z tego, starego przedszkola pod lasem, czy później z nowego w centrum miasta. Pamiętam co nieco jak przez mgłę. Więcej pamięć zachowała z pierwszych lat podstawówki. Szczególnie w pamięć zapadła mi nauczycielka Joanna Kołodziejczyk. Pamiętam ją jako bardzo miłą i serdeczną osobę. I tu się chwilkę zatrzymam, rozwiewając mroki bezlitosnej amnezji dziecięcej. Joanna Kołodziejczyk - nauczycielka. Byliśmy z bratem bliźniakiem w drugiej klasie. Piękna tysiąclatka "piątka" była w budowie, a my chodziliśmy tymczasowo do "dwójki". Szkoła na określenie tego budynku to zbyt szumne określenie. Miał ten budynek moc wad i niedogodności, szczególnie w zimie. A zimy tomaszowskie, trzeba nam wiedzieć, należały do mroźnych, śnieżnych takich wschodnich, z prawdziwego zdarzenia. Ale miał w sobie coś dobrego i ciepłego. Piętrowy, drewniany, może cztery, może trochę więcej miał klas. Zdawało mi się tedy, że jest to ostatni budynek w mieście, a za nim... koniec świata...przyszedłem do szkoły prawie zamarznięty, rąk zwyczajnie nie czułem, strasznie płakałem z zimna. Wszedłem do budynku szkoły, a rzewnie płakałem z bólu i zimna. A w korytarzu stała ONA. Tak, ONA, nie ona, ale właśnie ONA: Joanna Kołodziejczyk. Wzięła mnie z odzieży wierzchniej rozebrała i swoimi dłońmi ogrzewała te moje zamarznięte ręce. Chuchała w nie i dmuchała, pocierała, a zarazem dziecięcą łzę z oczu ocierała. Lekcje się zaczęły już, a ona nie weszła do klasy, tylko mną się zajmowała... Przewinęła się powyżej budka u Czarnopysia. Tak, stała sobie taka budka z pieczywem. 

Widok na tomaszowski kościół pod koniec XIX wieku. Na fotografii widoczne są jeszcze cztery słupy, a z usunięciem jednego wiąże się historia, którą podesłał nam pan Wojciech Palak. - Gdy w kościele wybuchł pożar, wezwano straż pożarną. Samochód wjechał na plac przez bramę jeszcze złożoną z czterech słupów. Było dosyć ciasno, ale wjechali. Jednak wyjechać już nie mogli. Uznano to za cud. Po tym zdarzeniu, ze względów bezpieczeństwa, usunięto ten jeden słup. Więcej na ten temat opisuje w swojej książce ks. Zygmunt Jagiełło- ks. Wrzołek w kronice parafialnej pod datą 7 października 1968r.: „Czarcia łapa potwora, a nie człowieka podpaliła kościół NMP, od strony wałów około godzin wieczornych. Ale dzięki Opatrzności Bożej natychmiast ogień został ugaszony i nie spowodował zapalenia się brusów. Strat materialnych wielkich nie było. Gdyby do tego doszło, nie byłoby ratunku dla kościoła. Dzięki temu ogień został niemal momentalnie ugaszony. Pozostało olbrzymie oburzenie na sprawców, których milicja nie wykryła” .

Po wielu latach od tego wydarzenia strażak i świadek tego pożaru p. Mieczysław Mruk przekaże następujące świadectwo: „Z nieżyjącym już panem Aleksandrem Wójtowiczem pełnił swój dyżur na stanowisku pracy 7 października 1968r. Dzień ten był, a raczej noc jakaś niezwykła. Jakiś głos podpowiadał im, że za chwilę coś miałoby się wydarzyć. Około godziny 23.20 rozlega się przeraźliwy dźwięk telefonu. Podnosząc słuchawkę, słyszą rozpaczliwy głos pana Bolesława Stadnickiego – sąsiada, który mieszkał naprzeciwko kościoła. Krzyczał krótko: „Kościół się pali”.

Reakcja strażaków była natychmiastowa; w samochód i pod kościół. Towarzyszące tej sytuacji nerwy i przerażenie sprawiły, że panowie wjeżdżając samochodem przez bramę pod kościół nic nie odczuli, że o coś zaczepili. Kiedy byli już na miejscu, widok jaki ujrzeli, przeszedł ich najgorsze oczekiwania. Ogień na szerokości 4 metrów rozprzestrzeniał się od dołu do góry. Wiekowy stan kościoła powodował łatwopalność drewna, a w konsekwencji coraz większa przestrzeń była pochłaniana przez ogień. Ogień był tak wielki, iż było tak jasno jak w dzień.

Strażacy szybko wzięli się do ratowania kościoła. Pan Mieczysław mówi do pana Aleksandra: „Tu tylko pomoże drabina”. Wtedy na chwiejącą się i bez podparć 6 metrową drabinę wyciągniętą z samochodu z narażeniem życia wchodzi p. Aleksander z wężem i prądownicą. Tymczasem p. Mieczysław podaje wodę. W akcji gaszenia kościoła brali czynny udział: ksiądz Dziekan Wrzołek, ksiądz Wójtowicz, siostra zakonna i pan Bolesław Stadnicki.

Doświadczenie i wiedza strażaków pozwalała na podejmowanie odpowiednich decyzji. Wodę lano po ścianie od góry do dołu, co sprawiło, że ogień sięgający już dachu był tłumiony tylko w połowie, bo nie można było sięgnąć wyżej, jakby spływał do dołu.

Opatrzność Boża i opieka Matki Najświętszej sprawiła, że ogień nie spowodował zapalenia się brusów. Gdyby do tego doszło nie byłoby ratunku dla kościoła. Dzięki temu ogień został niemal momentalnie ugaszony i wokół zrobiło się ciemno.

Po zakończonej akcji i po spakowaniu sprzętu dzielni strażacy próbują wyjechać przez bramę, którą wjeżdżali do gaszenia pożaru. Okazuje się jednak, że samochód nie może się zmieścić. Strażacy sami mówią, że mają tutaj do czynienia z kolejnym cudem, gdyż przez bramę, przez którą niemożliwy był wjazd tak dużym autem, wjechał on z dużą łatwością, ale z wyjazdem jest już większy problem. Jeszcze przód auta jakoś się mieścił, ale tył zaczepiał. W konsekwencji spowodowało to połamanie błotników i włazu na górę samochodu.

Ksiądz Dziekan Wrzołek przygotował pieniądze na remont samochodu. Jednak wielkoduszni strażacy nie przyjęli tych pieniędzy, wiedząc, że był jeszcze KTOŚ kto pomagał im w walce z żywiołem” .

Książka- Parafia rzymskokatolicka pw. Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim

Tomaszowski rynek lata 60te
fotografia z prywatnej kolekcji Pana Lucjana Herdy
drużyna_pożarnicza_lata_60te
Fotografia z prywatnej kolekcji Pana Lucjana Herdy
Pralnia w Tomaszowskim szpitalu
Pralnia szpitala w Tomaszowie, rok 1938. Na fotografii Helena Warzocha, z domu Brzyska, z koleżanką. Pani Helena pochodziła z Chlewisk, po zamążpójściu mieszkała w Brzezinach koło Bełżca. Fotografia z prywatnej kolekcji Pani Joanny Grzechnik, dziękujemy
drużyna_pożarnicza_lata_60te
Fotografia z prywatnej kolekcji Pana Lucjana Herdy
Rozwiń
This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now