Małgorzata Matyjanka

 

Blaski i cienie życia w Lubyczy

(Z ŻYCIA CODZIENNEGO W LUBYCZY KRÓLEWSKIEJ W LATACH 1956-1980)

 

 

PRACA NAPISANA NA KONKURS IPN POD KIERUNKIEM

 

MGR ZDZISŁAWA PIZUNA

 

 

 

 

LUBYCZA KRÓLEWSKA 2006

WSTĘP

 

 

Nazywam się Małgorzata Matyjanka. Od urodzenia mieszkam w Lubyczy Królewskiej. Uczęszczam obecnie do trzeciej klasy gimnazjum w mojej miejscowości.

         Z Lubyczą Królewską moja rodzina związana jest od trzech pokoleń. Jako pierwszy, krótko po ukończeniu Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Lublinie, osiedlił się tu mój dziadek Wiktor Litkowiec. Znalazł pracę w Państwowym Ośrodku Maszynowym. Pracował w tym zakładzie od 1959 roku do momentu jego likwidacji w 1992 roku. Spędził w Lubyczy swoją młodość i wiek dojrzały, tu się ożenił i żyje z rodziną do dziś. Kiedy jego macierzysty zakład pracy został rozwiązany, bardzo to przeżył. W końcu przepracował w nim 33 lata. Pełnił też tam funkcję kierowniczą, a przez pewien okres był również sekretarzem Podstawowej Organizacji Partyjnej.

Ja tych czasów nie pamiętam. Dziadka znam już jako emeryta. Do tej pory nigdy nie było okazji, aby porozmawiać z nim o jego karierze zawodowej i POM-ie. Dzięki tej pracy udało mi się nakłonić dziadka do rozmowy, a tym samym poznać kawałek historii mojej rodziny i miejscowości. W Lubyczy również mieszkają i pracują moi rodzice. Tato nawet przez pewien czas pracował w POM-ie i grał w piłkę nożną w klubie sportowym „Granica”.

Z Państwowym Ośrodkiem Maszynowym związany był również pan Ryszard Dzida (mój drugi rozmówca), który cztery lata (1976-1980) był nawet wicedyrektorem zakładu. W latach dziewięćdziesiątych był nauczycielem w Technikum Mechanizacji Rolnictwa, gdzie zorganizował Izbę Pamięci, w której znajdują się skromne eksponaty dotyczące historii szkoły i miejscowości. W 1992 roku przejął na stan do Izby Pamięci pamiątkowe dyplomy i kronikę Państwowego Ośrodka Maszynowego.

         Mój kolejny rozmówca, pan Władysław Klimek, to człowiek bardzo długo związany z Lubyczą. Obecnie ma 75 lat. Jest postacią niezwykle barwną. W interesującym mnie okresie pełnił wiele różnych funkcji społecznych i partyjnych, m. in. był prezesem spółdzielni produkcyjnej w Dębach i radnym Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie.

         W mojej pracy korzystałam przede wszystkim z ustnych relacji wyżej wymienionych osób, które przez długie lata mieszkają w Lubyczy Królewskiej i pracowały w Państwowym Ośrodku Maszynowym. W czasie zbierania materiałów do pracy miałam możliwość wglądu do kroniki przedsiębiorstwa, zdjęć oraz wielu dyplomów, które otrzymywał zakład w interesującym mnie okresie.

         Mam nadzieję, że zdobyte przeze mnie informacje o życiu, pracy i poglądach ludzi scharakteryzują epokę rządów Gomułki i Gierka w Lubyczy Królewskiej.

© Wszystkie prawa zastrzeżone. Posiadaczami praw autorskich są: autor pracy Małgorzata Matyjanka, opiekun pracy Zdzisław Pizun oraz Instytut Pamięci Narodowej. Ewentualne wykorzystanie (elektroniczne lub w druku) tekstów każdorazowo musi uzyskać zgodę ww. osób lub instytucji. Wykorzystany materiał musi posiadać adnotację, że pochodzi z pracy napisanej na konkurs IPN pn. „Nadzieje i rozczarowania... Społeczeństwo polskie w czasach Gomułki i Gierka. Doświadczenia świadka historii”.

 

 

 

 

 

 

 

 

BLASKI I CIENIE ŻYCIA W LUBYCZY

TROCHĘ WIADOMOŚCI O LUBYCKIM POM-IE

         Państwowy Ośrodek Maszynowy został powołany w marcu w 1949 roku przez Centralny Zarząd Państwowego Przedsiębiorstwa Technicznego Obsługi Rolnictwa. Powstał on na opustoszałym terenie zniszczonej przez okupację Lubyczy Królewskiej. Z informacji zawartych w kronice POM-u dowiedziałam się, że nie było na tym obszarze nic, oprócz niszczejącego pałacu i grasujących w lasach band UPA. Pierwsze pomieszczenia zakładu zlokalizowano więc w pałacu, ale już jesienią 1949 roku podjęto decyzję o budowie, na terenie byłej już lokalizacji zakładu. O tych czasach nie zachowały się żadne dokumenty, a ludzie, którzy mogli coś przekazać, niestety nie żyją. W kronice przedsiębiorstwa przeczytałam również, że budowa najpotrzebniejszych budynków zakończyła się w 1951 roku. W następnych latach dobudowywano kolejne hale potrzebne do pracy. W miarę rozwoju technicznego POM rozszerzał zakres działania zakładu i zatrudniał nowych pracowników.

Było to rezultatem ogólnych wytycznych zawartych w planie pięcioletnim na lata 1956-60, który miał na celu zwiększenie tempa inwestycji przemysłowych. Początek rządów Władysława Gomułki był zapowiedzią wzrostu dobrobytu życia ludności. Jesienią 1956 roku społeczeństwo polskie entuzjastycznie przyjęło powrót do władzy towarzysza Wiesława. Ludzie autentycznie mu zaufali. Niestety już w 1958 roku obserwujemy powrót do przyspieszonej industrializacji.

         Właśnie wtedy pracę zaczął mój dziadek Wiktor Litkowiec. O początku swej pracy w POM-ie mówi: „Zacząłem pracę jako zastępca kierownika eksploatacji 1 października 1959 roku. Jak zacząłem pracować, to skończył się okres stalinizmu. To znaczy okres stalinizmu, to się skończył w 1956 roku, a potem była taka trochę, jak to nazywają, „odwilż”. Już nie było takiego nakazu, przedsiębiorstwa miały większą samodzielność. Już troszkę liczyły się względy ekonomiczne, a  nie tylko polityczne w zarządzaniu przedsiębiorstwem”.

         POM już od czasu powstania był podzielony na kilka wydziałów: warsztaty, grupa instalacyjno - monterowa, a z czasem dołączył doświadczalny zakład spedycyjno-transportowy. Tylko cztery ośrodki w kraju zostały powołane przez Ministerstwo Rolnictwa do uruchomienia tego działu. Tak działanie tego eksperymentalnego projektu wspomina dziadek: „Powstało to, żeby zaoszczędzić na transporcie i jakoś go usprawnić, bo wtenczas Polska była biednym krajem. Mało było środków transportowych, nie to, co teraz. Ale wtedy dysponowaliśmy liczbą około 60 samochodów. Specjalnie się ten eksperyment nie powiódł, bo ani POM nie był przygotowany do świadczenia takich usług, ani spółdzielnie i PGR-y (na które projekt był nastawiony). Ja wtedy pracowałem w tym dziale, ale nie trwało to długo, dlatego że POM nie był przygotowany do tych czynności i pomysł szybko upadł. W tym chodziło głównie o to, żeby odbierać towary z kolei i dowozić je do magazynów PGR i spółdzielni. Ani przy przeładunku z wagonów do samochodów, ani tym bardziej tam w PGR-ze nie było mechanizacji, więc wydało się to niepotrzebne i wydział zamknięto. Kombinaty i spółdzielnie wróciły jak dawniej do swoich samochodów i nimi przewoziły”.

     Pod koniec lat 60–tych produkcja przemysłowa rosła głównie dzięki poprawie wydajności pracy. Ludzie czuli się bardziej bezpieczni, nieznacznie poprawiły się warunki życia. Ale gospodarka polska centralnie zarządzana nie rozwijała się tak jak powinna. Nie było wysokiego poziomu technologicznego i ogólnie cywilizacyjnego. Mimo wielkich nakładów, nie nadszedł czas dobrobytu, a rok 1968 kończył czas „małej stabilizacji”. Z biegiem lat gasła legenda Gomułki, który obejmując funkcję I Sekretarza KC PZPR cieszył się autentycznym poparciem większości Polaków. Na skutek pogarszającej się sytuacji rynkowej, malało poparcie dla polityki partii i Gomułki.

 

ZMIANA I SEKRETARZA

     Podwyższenie cen żywności w grudniu 1970 roku spowodowało wyjście robotników na ulicę w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie. Siły porządkowe użyły broni, zginęli ludzie. Wydarzenia te doprowadziły do zmiany na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Gomułka postulujący zdławienie „kontrrewolucji” za wszelką cenę, znalazł się w mniejszości. 20 grudnia 1970 r. Komitet Centralny PZPR przyjął rezygnację Gomułki i wybrał Edwarda Gierka I Sekretarzem partii.

Tak o tym opowiedział dziadek: „Nie było istotnych zmian w POM-ie przy zmianie w kierownictwie z Gomułki na Gierka. Za Gomułki był system bardziej nakazowy. Za Gierka zrobiło się bardziej demokratycznie. Brał on bardziej przykład z państw kapitalistycznych. Troszeczkę więcej swobody wprowadził. Z kolei zadłużał się, ale za to było więcej inwestycji. Sporo pojawiało się z Zachodu materiałów, sprzętu. Ale za to Polska musiała płacić dewizami, ale głównie węglem kamiennym i innymi surowcami, takimi jak miedź. A z ludzkiej strony było lepiej. Więcej można było kupić”.

         Pan Klimek tak to pamięta: „Gierek nabrał kredytów, to za te pieniądze ludzie mogli się zapożyczać. Wtedy zaczęto budowę w Lubyczy Zespołu Szkół Mechanizacji Rolnictwa. Cała ulica Szkolna wtedy powstała i ja zbudowałem swój dom. W sklepach pojawiły się towary z Zachodu. Cytrusy można było kupić, ale to wszystko było złudne”. Pan Dzida wspominał: „Po 1970 roku POM przeznaczał spore sumy na pożyczki. Powstało wiele mieszkań zakładowych. Zakład przydzielał także działki pod budowy nowych domów. Ja w tym czasie dostałem bardzo duży kredyt bankowy. Zresztą to był złoty okres budowy domów. Gdy nastał Gierek dawano wspaniałe kredyty, na 1% tylko, bez żyrantów, na hipotekę. Ja wziąłem 130 tysięcy złotych tej pożyczki na 40 lat. To wystarczyło, żeby ten dom postawić; wykończyć nie, ale postawić bez problemu. Wyszło tak, że ja pod koniec lat 70-tych z łatwością spłacałem raty. Zresztą wszystko łatwo i szybko spłaciłem jak przyszła wielka inflacja. Teraz już takich kredytów nie ma. Wtedy właśnie był taki impuls budowlany. Polska się odbudowała. Sama Lubycza się odbudowała. Jak ja przyszedłem tutaj do pracy w 1969 roku, to było tylko parę domów. Na tej ulicy stał tylko jeden dom parterowy i jeden dom piętrowy, i tyle na całej ulicy Szkolnej. Ale w latach 70-tych to kilka w jednym roku powstawało”.

     Obejmując funkcję I Sekretarza Gierek nie cieszył się powszechnym poparciem i zaufaniem Polaków. Chcąc uzyskać społeczną akceptację nowe kierownictwo partii musiało zaproponować obywatelom nową atrakcyjną wizję przemian. Podstawą modernizacji polskiej gospodarki miały być zachodnie kredyty i technologie. Popularny slogan tego okresu brzmiał: „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. To wszystko ma potwierdzenie w powyższych wypowiedziach moich  rozmówców.

 

ROBOTNICZE PRZYWILEJE

Edward Gierek, wiedział że ważną rzeczą będzie realne podwyższenie stopy życiowej ludności przez podwyżki płac i zasiłków dla najuboższych. Szczególną pozycję mieli przodownicy pracy, byli nagradzani, ich zdjęcia wywieszano w gablotach na terenie zakładu. W gazetach publikowano o nich informacje, nadawano im wiele odznaczeń. Wiele takich okazji było w związku z obchodami różnych świąt państwowych lub socjalistycznych, np. rocznica rewolucji październikowej czy Święto Pracy.

Ludzie związani z kierownictwem partii dostawali nagrody w postaci np. talonu na malucha. Jak to wyglądało w POM-ie wspomina dziadek: „Zakład miał tak zwane mieszkania funkcyjne dla fachowców. To były mieszkania zakładowe, a to na tyle dobrze, że  w jednym skupisku były, na jednym osiedlu, w pobliżu przedsiębiorstwa. Blisko do pracy ludzie mieli. Mieszkania utrzymywał zakład pracy, także dla pracowników to była wygoda, a do tego czynsz był niewielki, a koszty ponosił głównie zakład”.

         POM dofinansowywał różne przedsięwzięcia społeczne i kulturalne. Opowiadał o tym dziadek: „Faktycznie zakład pracy fundował poprzez związki zawodowe różne bilety na imprezy kulturalne. Nawet artyści przyjeżdżali na miejsce. Tu u nas w świetlicy występowała miedzy innymi Joanna Rawik, Litwin, ten z „Psa cywila”. A w Tomaszowie to było dużo znanych osób: Jan Pietrzak, Zatwarski (mój imiennik Wiktor), Tadeusz Ross, Jacek Federowicz i wielu innych. Do kina można było jechać, pół ceny biletu zwracał zakład. Związki zawodowe organizowały takie bale różne: sylwestrowe, zabawy choinkowe, jakieś inne zabawy rocznicowe. POM organizował wycieczki. Były one raz, dwa razy w roku. Jeździliśmy w góry, nad morze, czy na Mazury; to różnie było. Na mecze jeździliśmy często, nawet raz na kwartał do Mielca. Tam była drużyna pierwszoligowa. Kolonie były dla dzieci pracowników. Twoja mama jeździła. Zaczynała od Krasnobrodu, a potem coraz dalej – Piaseczno, bo tam na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim to nasze stowarzyszenie TOR miało swój ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowy; do Korbilelowa jeździła, w Kokotku była. Ja byłem dwa razy na wczasach, co POM dofinansowywał, raz w Muszynie, a raz w Orłowie”.

Pan Dzida również  o tym wspomina: „Tamten okres to był właśnie okres wycieczek oraz zbiorowych imprez takich jak: Dzień Kobiet, doroczne zabawy choinkowe. To obowiązkowo cała załoga się wybierała i na przyjęcie się szło. Dopłacało się co prawda, ale w większej części płacił fundusz socjalny”.

ROZRYWKI I CZYNY SPOŁECZNE

        Partia próbowała integrować społeczeństwo zachętami do pracy społecznej podczas tzw. czynów. Przykład szedł z góry prominenci partyjni pokazywali się z łopatą w ręku pracując przy poprawie estetyki polskich miast. Niepokojącym zjawiskiem lat 70-tych była jednak plaga pijaństwa właściwie wszystkich grup społecznych. Szerzyły się również inne zjawiska patologiczne tj. łapówkarstwo, chuligaństwo oraz brak poszanowania własności publicznej.

         Potwierdzają to słowa pana Klimka: „Trzeba powiedzieć, że ludzie pili. Pili do cholery! Ale w końcu nie za cudze. Nikt o jałmużnę nie prosił; sami sobie na to zarabiali.”

Tak to również wspomina mój dziadek: „Tak na co  dzień to po pracy robotnicy spotykali się najczęściej w barze ″Pod kasztanami″. To była chyba najczęstsza rozrywka. Młodzi chłopcy to grali w piłkę, a starzy musieli się przyglądać. Klub to powstał dzięki pracownikom POM. Najbardziej to zaangażował się dyrektor zakładu Kawałko. On lubił sport i założył taki klub. Robotnicy przedsiębiorstwa dużo się udzielali przy budowie stadionu. Dzięki czynom społecznym ten stadion powstał. Teren był bagnisty, nierówny. Została wykonana melioracja, osuszanie tego gruntu, odwodnienie, a później wyplantowanie. Zrobiono skarpy i wybudowano ten pawilon socjalny. Jest to bardzo poważna zasługa przede wszystkim pracowników POM i młodzieży z technikum. Mieli oni również duży udział w budowie przedszkola. Poza tym jakieś chodniki układaliśmy i tym podobne rzeczy. W ogóle czyny społeczne były modne w tym czasie. Początkowo po pracy się zostawało i wykonywało się różne prace porządkowe. A później w wolne soboty trzeba było przychodzić na czyn. To było dobrowolne, ale obowiązkowe. Jeśli ktoś nie przyszedł, to już kierownictwo na niego źle patrzyło. Dawali mniejszą możliwość zarobku. Nie awansował, kto na czyn nie przychodził. Czyny były głównie wykonywane na rzecz zakładu, ale też na rzecz Lubyczy”.

Czyny społeczne bardzo miło wspomina pan Dzida: „Wtedy myśleliśmy, że czyny społeczne to jest coś zupełnie naturalnego. Najczęściej rzucał hasło naczelnik gminy. Wychodziliśmy na przykład do wytyczania ulic, wykonywania poboczy, układania chodników. Każdy to rozumiał, że to, co robi, to jest dla dobra jego miejscowości. Ja nie odczuwałem czynu społecznego jako pańszczyzny czy katorgi. Szło się z przyjemnością, bo później widziało się efekty, że coś zostaje po tym. Właśnie wtedy w tych czynach powstały zarysy dzisiejszej Lubyczy. Szło się wesoło, z żartami. Pod koniec oczywiście była kiełbaska, piwo. Wszyscy razem. Nie widziałem jakiegoś złego nastawienia. Nie. Właśnie było tak, że idziemy, to idziemy. Byłoby wstyd, że ten poszedł, tamten poszedł, a ja nie poszedłem. Byłoby bardzo wstyd takiemu komuś, a tym bardziej, gdy czyn dotyczył swojej ulicy, czy w pobliżu swojego zakładu pracy. Zawsze stawali wszyscy”. 

Pan Klimek nie przywiązuje większej wagi do samych czynów społecznych, bardziej do czasu ich wykonywania: „Było takie hasło za Gierka: ″Dałeś nam sobotę, zabrałeś niedzielę″. Bo czyny były zazwyczaj w niedzielę. Nie było kiedyś tak jak teraz, że sobota była wolna. Wszyscy pracowali w sobotę. Nawet urzędnicy w urzędach. A żeby czyn odrobić trzeba było pracować w niedzielę,  a czasem i w święta!”

MŁODZIEŻ

         Przy POM istniała szkoła przyzakładowa, dostarczająca przedsiębiorstwu wykwalifikowanych robotników. Niestety pracownicy zakładu nie mieszali się w sprawy szkolne, więc nie za wiele o niej wiedzą. Ale dbano o młode pokolenie, zapewniono słuchaczom miejsca w przyzakładowym hotelu robotniczym, zachęcano do gry w klubie sportowym. Wielu młodych chłopców korzystało z tej propozycji, była to dla nich szansa wyjazdu z rodzinnej wsi i pewna praca w dobrze prosperującym Państwowym Ośrodku Maszynowym.

Pan Klimek opowiadał jak wówczas młodzież spędzała czas wolny: „Żaden młody człowiek nie miał wakacji. Ten, co się uczył zaraz jakąś robotę dostawał. Też musiał pracować na rzecz Polski Ludowej. I to nie było tak, że płacili, to było w ramach czynów społecznych”. Mówi również, jak to się starsza młodzież bawiła: „Młodzież to miała taką rozrywkę, że sobie zabawy organizowała. Wtedy odpowiednich miejsc nie było, świetlic żadnych. Organizowali to gdzie się dało, gdzie podłoga była albo „na dechach”, czyli na scenie w parku. W Hrebennem była taka stodoła przy samym torze kolejowym. I jak pociąg jechał, to się mało co nie zawaliło razem z tymi, co tam tańczyli. Tam co niedziela były zabawy. Oczywiście w Adwent czy Wielki Post, to nie, ale w lecie to mnóstwo ludzi tam przychodziło z Hrebennego i okolic. Popili trochę niektórzy, ale zawsze hałas był tam niesamowity”.

ZAOPATRZENIE

             Kredyty i dynamiczny rozwój wielkich inwestycji miały na celu w zamierzeniach ekipy Edwarda Gierka „pozyskanie klasy robotniczej”. Na początku lat 70-tych anulowano podwyżki mięsa i innych artykułów żywnościowych, a podniesiono emerytury i najniższe płace. Edward Gierek propagował hasło budowy „drugiej Polski”. Na półkach sklepowych pojawiły się kakao, kawa, owoce cytrusowe, zagraniczne meble i urządzenia gospodarstwa domowego, samochód Fiat 126p miał być dostępny dla każdego.

        O swoich marzeniach dotyczących kupna samochodu i innych trudnościach z zaopatrzeniem mówi pan Dzida: „Kiedy chciałem kupić samochód, to pojechałem na giełdę. Kupiłem malucha w 1976 roku. To było coś. Już o tym marzyłem jak byłem na studiach. Kupiłem go za taką samą cenę, jak wcześniej postawiłem dom. To znaczy on kosztował więcej niż fabrycznie, niż cena fabryczna. Oczywiście musiałem po niego pojechać aż do Warszawy. Po paru latach eksploatacji postanowiłem wymienić opony, to najprościej i najbliżej mogłem je dostać w Katowicach. Tam były przydziały górnicze i górnicy te opony sprzedawali. Oczywiście pojechałem do Katowic pociągiem i dwie opony sobie przywiozłem, bo więcej nie dałbym rady sam. Tylko dwie opony i to trzeba było się z tym chować, bo potrafiono ukraść w drodze. Szyte miałem specjalne torby z materiału, żeby nie było widać, że to opony wiozłem. W każdym razie dopiero tam można było je dostać. Głównie do Katowic jeździli ludzie za wędlinami. Workami je stamtąd przywozili, bo było lepsze zaopatrzenie dla górników. Górniczy stan to był bardzo hołubiony. Tam było wszystko, a u nas nic nie było. Trzeba było jechać albo do Warszawy, albo do Katowic, żeby coś kupić. Jak ludzie jeździli, to przywozili bardzo dużo dla siebie, swoich bliskich, znajomych, sąsiadów”. Dziadek opowiadał o podobnym sposobie zdobywania artykułów żywnościowych: „Jak brakowało tych artykułów, to się kombinowało. Samochody jechały z towarem gdzieś na Śląsk czy do Małopolski. To się podawało kierowcom: ″kup mi kilogram kiełbasy czy jakiejś innej wędliny″, bo się miało jakąś imprezę czy coś. To kierowca tam kupował i przywoził w workach tą kiełbasę. Nawet piwa nie było u nas na bieżąco, tylko jak dostawa była, to każdy leciał na piwo. Ogólnie jak coś nowego do sklepu przywieźli, to wszyscy gonili do sklepu”.

       Sukcesy gospodarcze epoki gierkowskiej wiązały się z dalszym wzrostem zadłużenia, brakowało kontroli stanu gospodarki. Rozszerzano inwestycje, a na rynku wystąpiły niedobory niektórych towarów, były to pierwsze oznaki załamania gospodarczego.

 

MILICJA OBYWATELSKA

         W maju 1971 roku Sejm PRL uchwalił ustawę o kodeksie wykroczeń, rozszerzając tym samym możliwości skazywania obywateli bez wyroków sądowych. Uprawnienia Milicji Obywatelskiej wzrosły, a służby te nie cieszyły się sympatią społeczeństwa, nawet u zwykłych szarych obywateli.

         O tym, że nieludzki stosunek miała milicja do ludzi opowiada pan Klimek: „Oni czepiali się, to fakt. Żona kiedyś wyszła na krzyżówkę, bo tam wtedy był przystanek autobusowy. Dwóch milicjantów zaatakowało idącego chłopa (no może on sobie lekko wypił, ale to nie było nic strasznego). Zaczęli go lać; a wokół tłum gapiów. Żona, jako kobieta nie mogła na to patrzeć, odepchnęła tych oprawców i akurat autobus nadjechał, to wzięła tego człowieka do autobusu wsadziła. Później przyszli i mówili do mnie, że moja żona nie daje im obowiązków milicjanta spełniać i że wyciągną z tego wnioski. A ja siadłem napisałem do Komendy Głównej w Warszawie i opisałem to wszystko. Zareagowali bardzo szybko, w ciągu tygodnia. Przyjechali do żony i przywieźli tych oprawców, żeby wymierzyła im karę. To ona powiedziała, żeby więcej tego nie robili, to ona im to daruje. Nawet tak było, że ktoś się lekko na nogach zachwiał, był bity. Nawet jeden człowiek miał rękę złamaną przez milicjanta. Było tak, że jak któryś wyszedł z gospody, to go leli i ciągnęli na posterunek i tam mu jeszcze wpirzyli i karę musiał płacić. Kolegia takie zrobili do spraw wykroczeń i sądzili czy winien, czy nie winien. Postępowali jak gestapo. Nawet kiedyś na konferencji partyjnej zabrałem głos i powiedziałem, że to metody zapożyczone z gestapo, a to bardzo obrażało władze PRL. Nawet to doszło do komendanta głównego i chcieli mnie przesłuchać, ale się wywinąłem”. Natomiast pan Dzida był wzorowym obywatelem i tak o tym opowiada: „Nigdy nie miałem konfliktów z władzą. Wręcz odwrotnie, namawiali mnie do wstąpienia do ORMO. Akurat od tego byłem z daleka. Tylko raz miałem jeden incydent jak z żoną wykańczaliśmy pierwsze piętro. Byliśmy ubabrani zaprawami. W tym momencie wpadł do nas jakiś pan. Przedstawił się, że jest z jakiejś kontroli wewnętrznej i chciał zobaczyć, co my tu mamy, jakie mamy wyposażenie i co my w tym domu trzymamy. Jak zobaczył, że rozbabrane wszędzie, że tu nic nie ma, grzejniki w najgorszym gatunku, tylko oboje tyramy, to przeprosił i poszedł. Był tak jakby nasłany do kontroli. Jak my się tutaj możemy budować, z jakich środków? A ja akurat miałem kredyt”.

    Jak widać środki stosowane przez aparat przymusu władzy socjalistycznej dotknęły również mieszkańców Lubyczy

 

KOŚCIÓŁ

         Pierwsze porozumienie miedzy rządem PRL a Episkopatem zostało podpisane w 1950 r., ale władze komunistyczne bardzo szybko oskarżyły księży i hierarchów kościelnych o działalność niezgodną z tekstem porozumienia. Biskupi polscy w maju 1953 roku wystosowali list do władz, w którym krytykowali m. in. wymuszanie na księżach ślubowań wierności państwu. Konsekwencją wieloletnich zadrażnień we wzajemnych stosunkach państwo-Kościół było aresztowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego we wrześniu 1953 roku. Rząd wydał oficjalny komunikat o odsunięciu głowy polskiego Kościoła od wypełniania swej funkcji. Po dojściu Gomułki do władzy w październiku 1956 r. zwolniono prymasa z więzienia. Wzajemne stosunki były poprawne do roku 1965, gdy tym razem zatarg został spowodowany listem biskupów polskich do biskupów niemieckich i obchodami rocznicy Millenium, czyli 1000-lecia chrztu i istnienia państwa polskiego. Obchody religijne i państwowe zainaugurowane w Gnieźnie przebiegały oddzielnie, a nawet konkurowały ze sobą. Ogromna część społeczeństwa w tym czasie jednak manifestowała przywiązanie do religii i tradycji chrześcijańskiej.

          Pan Dzida, jak i mój dziadek podobnie charakteryzują stosunki między partią a Kościołem. Pan Dzida mówi o tym: „Wcale nie było tak, że nie można mi było czegoś. Chciałem wziąć ślub w kościele – wziąłem, chciałem ochrzcić dziecko w kościele – ochrzciłem, chciałem chodzić do kościoła – chodziłem; byłem człowiekiem partii – byłem. Nie miałem za to żadnych konsekwencji. Nigdy nikt mi z tego powodu nic nie powiedział. Być może te zakazy odczuwali ludzie na wysokich stanowiskach, ale taka zwykła klasa robotnicza była poza ściganiem za wiarę.” Inaczej było z panem Klimkiem: „Władza czepiała się tego, że ktoś chodził do kościoła, bo to złe oddziaływanie było religii. W szkołach nie było tego przedmiotu. Kiedyś jak planowane były jakieś uroczystości kościelne w Lubaczowie, to podjechał pod dom jakiś samochód i wypytywał jakiś pan żonę, czy ktoś się tam nie wybiera. To się ona sprytnie wywinęła. Powiedziała, że ona nie ma czasu się tym zajmować, a sama pojechała pociągiem. I dużo ludzi z Lubyczy tam jechało, ale nikt o tym nie mówił, bo się bali. Jak kościół budowaliśmy, to księdza Urbanika zamknęli. Bardzo się w tą budowę ludzie angażowali; w stawianie salki katechetycznej również. To było dla dzieci, żeby miały się gdzie religii uczyć. Nawet mój syn pieniądze ze zbiórki ziół przeznaczył na budowę tej salki. A uzbierał dużo.”

      W dekadzie Edwarda Gierka władze były dość powściągliwie, ale ciągle starały się podważać pozycję Kościoła, a hierarchia kościelna unikała zadrażnień.

         Oczywiście przełomowym momentem był wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża 16 października 1978 roku i jego pierwsza pielgrzymka do Ojczyzny w czerwcu 1979 r. Na spotkanie z Ojcem Świętym poszedł cały naród, któremu raczej już nie po drodze było z władzą komunistyczną.

        

STOSUNKI MIĘDZYLUDZKIE

        W latach siedemdziesiątych władza komunistyczna rozszerzyła granice wolności, tolerowała istnienie alternatywnych ośrodków opiniotwórczych, zwłaszcza po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Opozycja demokratyczna, która się wtedy pojawiła (np. KOR), nie zamierzała obalać istniejącego systemu, myślano raczej o jego przebudowie, chciano wpłynąć na postawy zarówno rządzących, jak i rządzonych. U nas w Lubyczy czas płynął wolniej, narzekano, były trudności z zaopatrzeniem, ale moi rozmówcy z sentymentem, a nawet z nutką nostalgii mówią o latach swojej młodości.

         Wspomina o tym pan Klimek: „Były ciężkie czasy, ale i obrona ludzi była. Ludzie byli ze sobą bardziej zżyci, sprawiedliwsi. Solidarni ze sobą. Żyło się biedniej, ale solidarniej”. Tak to pamięta mój dziadek: „W czasach socjalizmu w pracy była lepsza atmosfera. Ludzie byli bardziej koleżeńscy, bardziej skłonni do pomocy.  Nie jak teraz. Obecnie to każdy dba o swój interes. A kiedyś to było tak bardziej solidarnie. Jeden drugiemu pomagał. Donosicielstwa też nie było”.  

Pan Dzida mówi o tym z punktu widzenia wicedyrektora: „Stosunki między zwierzchnikiem a pracownikiem zależą też od samych ludzi, nie od systemu. Na pewno władza była kiedyś postrzegana jako coś ważniejszego. Większy się przed nią miało respekt. To pan dyrektor, a to pan kierownik. Dzisiaj to już nie robi na nikim wrażenia. Dzisiaj są ludzie bardziej wykształceni, bardziej równi sobie. Gorzej, że jest taka bezgraniczna uległość. Pracownik nie powie nic kierownikowi, bo go zwolni. Jak ja byłem wicedyrektorem POM-u, to rozmawiałem ze wszystkimi, nawet ze sprzątaczką. Pierwszy się jej ukłoniłem zawsze. To kwestia charakteru i wychowania. Z każdym rozmawiałem i nie miałem oporów. Jak równy z równym. Trzeba być człowiekiem. Trzeba szanować człowieka”.

   

 

ZAKOŃCZENIE

 

         Uważam, że ciekawe są wspomnienia ludzi o atmosferze tamtych czasów. Zaskoczyły mnie ich pozytywne opinie o tym okresie. Były one zupełnie inne niż te, które przeczytałam w podręcznikach i książkach historycznych.

         Myślę, że dobra ocena czasów socjalizmu w Polsce wynika z faktu, iż moi rozmówcy byli wtedy po prostu młodzi, zdrowi i zajmowali jednak kierownicze stanowiska, które w naszym lubyckim społeczeństwie dawały im uprzywilejowaną pozycję. Na podkreślenie zasługuje to, że wypowiedzi były szczere i obiektywne, na co panowie będący na zasłużonej emeryturze mogli już sobie pozwolić w demokracji.

         Rządy Władysława Gomułki zakończyły się rozlewem robotniczej krwi, dekada Edwarda Gierka określana (przez jednych z ironią przez innych z uznaniem) mianem „dynamicznego rozwoju” – „budową drugiej Polski”, zakończyła się masowymi protestami mieszkańców Wybrzeża. Robotnicy nie wyszli jednak poza bramy okupowanych zakładów pracy. Władza zgodziła się na negocjacje ze strajkującymi, a zmiana ekipy rządzącej odbyła się tym razem bezkrwawo.

         Na zakończenie chciałabym jeszcze wspomnieć o Państwowym Ośrodku Maszynowym, dziś już nieistniejącym. Taki zapis znajduje się w kronice zakładu pod datą 1980 rok: „Przedsiębiorstwo odczuwa brak tematu pracy dla wydziałów warsztatowych z uwagi na cofnięcie zamówień kooperacyjnych. [...] Sytuacja społeczno-polityczna, jaka zaistniała w II półroczu w kraju negatywnie rzutuje na wyniki i realizacje zadań w zakładzie. Odczuwa to głównie Wydział Transportu /brak rozładunku towarów w zakładach strajkujących/ oraz wydziały warsztatowe z uwagi na braki materiałowe. Pomimo napiętej sytuacji w kraju, stosunki międzyludzkie w zakładzie układały się dobrze, strajki nie miały miejsca. Właściwa atmosfera umożliwiła pełną realizację zadań”.

         Myślę, że ten cytat jest potwierdzeniem wypowiedzi moich „świadków historii” z Lubyczy Królewskiej, że w naszej miejscowości było dużo życzliwości, ludzie byli ze sobą zżyci i solidarni. Zmiany, które „wstrząsały” Polską na przełomie epok, do nas docierały z dużym opóźnieniem i łagodniej wpływały na nastroje ludzi tu mieszkających.

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now