Do historii naszego regionu przeszedł jeden z etapów słynnej ucieczki Józefa Piłsudskiego w 1901 r., związany z przekroczeniem granicy rosyjsko - austro-węgierskiej w Rebizantach koło Suśca. Po krótkim pobycie w Zamościu 17 czerwca 1901 r. Piłsudski wraz z małżonką Marią bryczką udali się do Tomaszowa Lubelskiego, skąd następnego dnia zostali przewiezieni do Zawadek koło Łosińca. Tam przygotowano przejście przez granicę. Oficjalnym podawanym celem wyjazdu z terenu zaboru rosyjskiego było przewiezienie pary za granicę do Galicji, aby ona mogła wziąć ślub w obrządku greckokatolickim, ponieważ w zaborze rosyjskim taki ślub nie mógł się odbyć. Gajowy Berdzik leśnymi drogami dowiózł swych pasażerów do Tanwi, która stanowiła wówczas granicę pomiędzy Rosją i Austro-Węgrami. Pod wsią Rebizanty po prowizorycznej kładce państwo Piłsudscy przeszli na stronę austriacką. Mikołaj Rebizant, przemytnik, który również zajmował się transportem i przerzutem przez granicę nielegalnych wydawnictw, odwiózł uciekinierów do stacji kolejowej w Lubyczy Królewskiej, skąd udali się oni jeszcze tego samego dnia, 20 czerwca 1901 r., pociągiem do Lwowa.

Pierwsza zona Piłsudskiego-Maria Piłsudska (1865-1921), de domo Koplewska, primo voto Juszkiewiczowa, secundo voto Piłsudska. Garlicki:, oraz Józef Piłsudski

Uwolnienie Piłsudskiego : (wspomnienia organizatorów ucieczki) 1924 - od strony 52

PRZEPROWADZENIE PRZEZ GRANICE

 

Wspomina- J. Miklaszewski

Jako student Instytutu Leśnego w Petersburgu należałem do rzutkiej i ruchliwej studenckiej organizacji P. P. S., która uwolniła Piłsudskiego. Udziału jednak w organizowaniu ucieczki nie brałem, gdyż w 1898 r. skończyłem Instytut i wyjechałem z Petersburga. Początkowo otrzymałem posadę praktykanta leśnego w Zarządzie Dóbr Cesarskich w Spale " i zamieszkałem w Brzostowie, następnie zostałem przeniesiony do Skierniewic, również do Zarządu lasów cesarskich. Skończywszy Instytut i objąwszy posadę, nie zerwałem z P. P. S., przeciwnie, podtrzymywałem stałą żywą łączność, nie tylko na miejscu działając, lecz co sobota jeżdżąc do Łodzi, gdzie prowadziłem prac samokształceniową w kółku robotniczym. Sulkiewicz, który mnie odwiedzał, nosił sie nawet z zamiarem urządzenia u mnie drukarni "Robotnika". Sądząc ze pilnie strzeżone Skierniewice będą najbardziej bezpiecznym miejscem. Dobrze jednak stało się ze zamiar ten nie został uskuteczniony, gdyż we wrześniu 1899 roku zostałem aresztowany za należenie do Kola Oświaty Ludowej i wywieziony do Ptersburga, gdzie pociągano mnie również do odpowiedzialności za należenie do Polskiej Kasy Studenckiej. Po trzymiesięcznym wiezieniu w "Predwaritielnom zakluczenji" zwolniono mnie. lecz pozostawałem nadal pod nadzorem policji. O posadzie rządowej w kraju nie mogło być mowy. Pragnąc pracować dla swego społeczeństwa, oraz czuć i myśleć ze swoim społeczeństwem, objąłem w 1900 roku posadę kontrolera lasów w ordynacji Zamoyskiej i zamieszkałem w Majdanie Księżpolskim pow. biłgorajskiego, położonym niedaleko od dawnej granicy austriackiej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności terytorialny zakres mej działalności służbowej dochodził do samej granicy, która w tym miejscu stanowiła rzeczka Tanew. Gęste, zwarte. rozlegle lasy sosnowe dochodziły do Tanwi, kt6rej koryto wciąż wije sie i tworzy liczne wężownice i ostre zakręty, niezmiernie utrudniające pilnowanie granicy. Wobec tego Moskale wyrąbali na 1 1/2 kilometra od granicy szeroką i prawie prostą aleje długości 14 kilometrów. na której stale czuwały posterunki straży granicznej, mogąc doskonale obserwować wszystkich przejeżdżających lub przechodzących przez te aleje. Wąski zaś półkilometrowy skrawek lasu od alei do samej granicy był juz zupełnie niestrzeżony. Wszystkie te okoliczności postanowiłem wykorzystać w celu zorganizowania drogi dla literatury nielegalnej, szerzącej konieczność bezwzględnej walki z silami najazdu. Wśród gajowych znalazł się jeden, któremu mogłem całkowicie zaufać i który wkrótce stal się w tej akcji gorliwym moim pomocnikiem. Był to gajowy Berdzik, który obowiązany był czuwać nad całością powierzonych jego dozorowi lasów, położonych pomiędzy wsią Rybnica i leżących tuz około alei, o której wspomniałem wyżej, a granica. Po tamtej zaś stronie granicy, tuz przy austriackim brzegu Tanwi, leżała wieś Rybizanty mieszkańcy tej wsi z wielką łatwością mogli wykorzystywać sytuacje i wyrządzać szkody w lasach ordynacji. Wobec tego Berdzik musiał wciąż strzec i chronić lasu, leżącego miedzy aleją a Tanwią , skutkiem czego straż pograniczna doskonale go znała i pozwalała mu swobodnie przechodzić aleją o każdej porze dnia i nocy, nie poddając go, rzecz naturalna, żadnej rewizji. Tak samo straż znała i mnie, i również mogłem swoją bryczką swobodnie przejeżdżając przez aleje w kierunku granicy i z powrotem. W Rybizantach poznałem chłopa Mikołaja Rybizanta, który podjął się odbierać bibule, nadsyłaną na stacje Lubycza kolei Bełżec – Lwow, w przesyłkach kolejowych na okaziciela, i oddawać ją mnie lub gajowemu Berdzikowi, który ją znowu mnie dostarczał. Ode mnie zaś zabierali dostarczoną w ten sposób "bibułe" Sulkiewicz, WI. Rożen i inni, lub sam ją odwoziłem do Warszawy. Nieco później transportowanie odbywało się jeszcze sprawniej wskutek niefortunnego zdarzenia, w myśl przysłowia, ze niema złego, co by na dobre nie wyszło, mianowicie na stacje kolejową w Lubyczy nadeszła przesyłka, jak zawsze na okaziciela, o czym zawiadomiono mnie z wielkim opóźnieniem. Gdy Mikołaj Rybizant przyjechał po przesyłkę, naczelnik stacji wydał ją, ale jednocześnie polecił powiedzieć panu, dla którego jest ona przeznaczona, aby przyjechał porozumieć sie z nim osobiście w bardzo ważnej sprawie. Gdy moj zacny przewodnik powtórzył mi to zlecenie, zrozumiałem, ze cos zaszło, i postanowiłem, osobiście rozmówić się z naczelnikiem stacji. Co się okazało, gdy przyjechałem do niego? Oto przesyłka, która leżała dłużej, niż powinna według wyznaczonego terminu, stosownie do przepisów została otwarta przez naczelnika stacji w obecności czujnych i nieubłaganych żandarmów austriackich żandarmi, zobaczywszy bibuł, chcieli ją skonfiskować, ale naczelnik, człowiek mocny i nieustępliwy, przejrzawszy jej treść, zaorał przesyłkę do swego mieszkania. Opowiedziawszy te historie, dzielny naczelnik stacji, którego nazwiska niestety zapomniałem, zaproponował mi, aby wszystkie przesyłki adresować na jego imię, a sam bedzie je odbierać i zawiadamiać Mikołaja Rybizanta. Oczywiście bardzo ucieszyłem się z tak nieoczekiwanej i milej propozycji, i gorąco dziękując, skwapliwie sie zgodziłem. Od tej pory coraz większe transporty zaczęły iść tą drogą, nie tylko ściśle partyjnej literatury, ale i ogólnej, zabronionej w zaborze rosyjskim. Tą samą drogą transportowałem i towarzyszy partyjnych, jadących do Galicji i z powrotem. Ubierałem ich w mundury, lub nawet tylko w czapki ordynackich urzędników leśnych, i przewoziłem bryczka swoja do granicy, gdzie oddawałem ich w ręce Rybizanta, który odstawiał ich do stacji kolejowej. Tą właśnie drogą odbył się ostatni etap ucieczki Piłsudskiego, w którym i ja brałem udział. Mianowicie w kilka tygodni po ucieczce Piłsudskiego ze szpitala, o której wiadomość szeroko rozniosła się po całej Polsce, przyjechali do mnie Sulkiewicz z Mazurkiewiczem. O ile mnie pamięć nie myli, zatrzymali się oni w Zwierzyńcu, osadzie urzędników ordynacji, u Moskalewskiego, obecnego Nadzwyczajnego Komisarza oszczędnościowego, z którym, jako należącym do Narodowej Demokracji, wówczas również partii nielegalnej i prowadzącej walk z caratem, podtrzymywaliśmy przyjazne stosunki, wzajemnie świadcząc sobie przysługi w "zamiataniu śladów" przed władzami moskiewskimi. Na drugi dzień dałem Sulkiewiczowi i Mazurkiewiczowi czapki urzędników ordynacji, przyrządy do pomiaru drzewa i, robiąc z nich partie robotników, przeszedłem z nimi alej, mówiąc posterunkowi, ze idziemy obejrzeć i oszacować przeznaczone do sprzedaży drzewo. W ten sposób doszedłem z nimi do samej granicy, przeprowadziłem ich przez kładkę którą zrobiliśmy, aby ułatwić sobie komunikację ze wsią Rybizanty. Jak zawsze oddałem ich w ręce Mikolaja Rybizanta, ażeby dowiózł ich do stacji kolejowej, skąd pojechali do Lwowa, gdzie Mazurkiewicz osiadł na długie lata. Sulkiewicz, urządziwszy Mazurkiewicza we Lwowie, wrócił tą samą drogą, mając za towarzysza podroży obecnego posła Dr. F. Perla, który jechał do Kijowa, do zorganizowanej na nowo drukarni "Robotnika". Z Sulkiewiczem, gdy wracał, ułożyliśmy wszystkie szczegóły przetransportowania do Galicji Piłsudskiego. Nie trzeba mówić, ze starałem się wszystko ułożyć tak, aby akcja, tak świetnie przeprowadzona przez naszych przyjaciół, miała epilog również szczęśliwy. Ułożyliśmy wiec z Sulkiewiczem dzień i miejsce spotkania się. Miejscem tym była katedra w Zamościu. Gdy otrzymałem ad Sulkiewicza umówioną depesze, niezwłocznie wyjechałem swymi końmi do Zamościa, gdzie istotnie w katedrze o umówionej godzinie spotkałem się z Sulkiewiczem i Piłsudskim. Był on ze swoją pierwszą zoną, która również chciała wyjechać do Galicji. Z Zamościa pojechaliśmy do Tomaszowa, gdzie przenocowaliśmy u nadleśnego Dąbrowskiego, który nie podejrzewał, jakich gości ma u siebie, gdyż przedstawiłem mu Piłsudskich, jako swych krewnych, jadących do mnie W odwiedziny. Stąd na drugi dzień przyjechaliśmy do Zawadek, gdzie zatrzymaliśmy się u podleśnego Brandta, którego poprosiłem o konie, aby odwieźć młodą parę na granice, gdyż udaje się do Lwowa, aby wziąć tam ślub. Ułożyłem wobec Brandta naprędce historie  na temat tak powszechnych wówczas prześladowań religijnych. Brandt, rzecz naturalna, chętnie dał mi konie. Za furmana wziąłem pomocnika mych "pozasłużbowych" zajęć, gajowego Berdzika. Piłsudskiemu i Sulkiewiczowi dałem czapki podleśnych ordynacji, i całym towarzystwem przejechaliśmy przez alej, kierując się znowu do wsi Rybizanty. Pomogłem Pani Piłsudskiej przejść przez kładkę- przeszedł następnie kładkę Piłsudski i był juz naprawdę wolny, juz żadne niebezpieczeństwo mu nie groziło. Znowu zjawił się jak zawsze w tych wypadkach, Mikołaj Rybizant, aby odwieźć drogich uciekinierów na stacje kolejowa. Pożegnałem się z nimi serdecznie i uszczęśliwiony, ze "Wiktor" znowu naprawdę jest wolny i może spokojnie odpocząć po długim wiezieniu, wróciłem z niemniej ucieszonym ode mnie Berdzikiem na swe stanowisko, aby w miarę sił i możności służyć sprawie Niepodległości Polski i dopomagać ludziom, toczącym bezpośrednią walkę z zaborcami. Dużo ludzi a jeszcze więcej "bibuły" przeszło przez schowaną w gęstwinie leśnej kładkę na rzece, mającej stanowic granice na ciele żywej niepodzielnej Ojczyzny. A przecież ta mała, niedostrzeżona przez żołnierzy straży granicznej kładka była zaprzeczeniem rzekomej granicy - była łącznikiem skutego w kajdany Królestwa nie tylko z ościenną Galicją, żyjącą życiem wolniejszym, ale i całą Europą Zachodnią, bo przez te kładkę szły pisma i słowo drukowane w Londynie, Paryżu, zabronione dzieła Mickiewicza i Słowackiego…

Artykuł z Express Lubelski i Wołyński, 1938, R. 16. Dodatek drugi do nr 167

Poniżej Kresowiak Galicyjski nr 5-6 2000r

PRZEKAZANIE KARABINU MASZYNOWEGO. Fotografia podesłana przez pana Krzysztofa Rębisza

Gazeta Lwowska. 1935, nr 64 

Stanica Harcerska w Olbrychtowie nad Tanwią w całej okazałości. Autorem zdjęcia jest najlepszy tomaszowski fotograf XX-wieku Pan Antoni Tujak. Idea budowy stanicy zrodziła się w kręgu działaczy Koła Przyjaciół Harcerstwa w Zamościu, na czele którego od 1936 r. stał gen. Olbrycht, w młodości także harcerz. Sekretarzem zarządu KPH był Wincenty Molenda, a skarbnikiem Wincenta Łuczyńska. Ta trójka ludzi postanowiła wybudować stanicę. Członkowie koła KPH ( a było ich 80) wpłacali na potrzeby harcerstwa po 50 gr miesięcznie. Odpowiednie miejsce nad Tanwią, o powierzchni 1,5 ha, wybrane przez podharcmistrza Jerzego Szcześniewskiego, komendanta hufca zamojskiego ZHP, Tadeusza Gajewskiego, komendanta z Tomaszowa, starostę tomaszowskiego Wielanowskiego i samego gen. Olbrychta, ofiarował ordynat Maurycy Zamoyski - wspomina harcmistrz Jadwiga Harczukowa-Muszyńska z Zamościa, która także uczestniczyła w wyborze terenu pod stanicę. Drewno pierwszej jakości na piętrowy budynek, przypominający stylem domy zakopiańskie, podarował także ordynat Zamoyski. Dlaczego stanicę postawiono nad Tanwią w Rebizantach (zmiana nazwy na Olbrychtowo)? Powód był prosty. Kilometr dalej Józef Piłsudski, po ucieczce z Petersburga, latem 1901 r. przekroczył granicę rosyjsko-austriacką i schronił się w Galicji. Do dziś stoi tam skromny obelisk z repliką tablicy (oryginał wywieziono do Londynu), z informacją o tym wydarzeniu. Więcej na stronie-http://www.tygodnikzamojski.pl/…/5152/uszy-pilsudskiego.htmlFotografie podesłał pan Krzysztof Rębisz, dziękujemy
.

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now